Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 762 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Tutej.pl: Korporacja studencka Baltia


"Współcześnie korporacje studenckie kojarzą się głównie z amerykańskimi filmami komediowymi, w których strumieniami leje się piwo, a w polu kamery pojawiają się skąpo odziane studentki. A jak to wygląda w Polsce?"

http://www.tutej.pl/cms.php?i=32277



Podziel się
oceń
0
0

Jan M Fijor: Sprywatyzować dorsza

28.09.2007

Mieczysław C., rybak z Łeby ma do Unii żal. Komisarze ds. rybołówstwa kazali mu kutry remontować, sprzęt doinwestować, załogę doszkolić - zapożyczył się, łodzie wyremontował, doinwestował, załogę wyszkolił. I po co to wszystko? – pyta – skoro dzisiaj zabraniają mu łowić.

Dorsz to w Bałtyku jedyna ryba, na której można zarobić. To być albo nie być polskiego rybołówstwa, bez którego – uważają rybacy z Łeby – rybołówstwo sprowadzone zostanie do roli swoistego folkloru.

Żeby nie zabrakł

Rzeczniczka europejskiego komisarza ds. ryb, pani Mireille Thom z pasją argumentuje: „Nie wolno łowić więcej dorsza, bo się go wyłowi i nie zostanie nic dla przyszłych pokoleń. Polscy rybacy łowią za dużo. Złamali kwoty połowowe dorsza, złamali okres ochronny na tę rybę. Wyszli w morze, mimo iż od 9 lipca 2007 Komisja Europejska im na to nie pozwala.”
I za to polskich rybaków ma spotkać kara. We wschodnim Bałtyku, czyli głównie na wodach polskich, dorsza w tym roku łowić już nie wolno. Jeśli Polacy się nie zastosują, zakaz zostanie przedłużony na przyszły rok. Jeśli i to nie pomoże, skończą się dopłaty do produkcji ryb. Protesty na nic się zdadzą. Kropka! Komisja Europejska – tłumaczy, już łagodniej, komisarz ds. rybołówstwa, Joe Borg – nie ma nic przeciwko polskim rybakom. Chodzi nam tylko o przyszłość dorsza. Żeby go nie zabrakło.
Mimo to polscy rybacy uważają, że to nie jest słuszne wyjście.

W czym wół lepszy?

Argument o przyszłych pokoleniach i ogołacaniu gatunków jest nośny. Jeśli będziemy łowić takim tempie – martwią się ekolodzy, a z nimi większość zwykłych ludzi – ryb zabraknie nawet dla nas. Od 10 lat światowe połowy są ograniczane kwotami połowowymi (i zakazami. Prócz administracji związanej z ochroną środowiska, jak grzyby po deszczu powstają organizacje poza rządowe i prywatne instytuty ds. ograniczania połowów: Fish Protection Society, Marine Stewardship Council, Preston Angling Club, Salmon Wild (ograniczająca połowy łososia), aktywne są tradycyjnie Greenpeace, Sierra itp. Problem w tym, że to jest w zasadzie jedyne narzędzie ochrony rybostanu i konsumpcji ryb. Zamiast wzorować się na produkcji wołowiny czy drobiu, gdzie nikt przy zdrowych zmysłach nie zakazuje hodowli na rzecz przyszłych pokoleń, ekologowie i regulatorzy rybołówstwa ograniczają się niemal wyłącznie do restrykcyjnych kwot połowowych i zakazów jak ten na wschodnim Bałtyku. A przecież akwenów na kuli ziemskiej jest piętnastokrotnie więcej niż łąk i pastwisk. Jeśli czegokolwiek miałoby zabraknąć, to raczej paszy dla parzystokopytnych, niż wody dla ryb. A więc może nie trzeba aż tak restrykcyjnej polityki. Może jednak rybacy mają rację!

Rozwiązanie

Drogowskazem może być stara, bo licząca ponad 7500 lat hodowla ryb i skorupiaków. Mimo iż rozwija się energiczniej dopiero od 10 – 15 lat, akwakultura odpowiada już za prawie jedną trzecią produkcji ryb pochodzi z gospodarstw hodowlanych. Potęgą w produkcji krewetek stała się Korea Południowa, gdzie do niedawna skorupiaki te były rarytasem. Z hodowli pochodzi blisko 65 procent światowej konsumpcji łososia, 40 procent krewetek, jedna trzecia małż, a nawet homary głównie z Nowej Zelandii, Kanady, Peru oraz akwenów Zatoki Meksykańskiej, czy Nowej Anglii (USA). I nie chodzi tu wcale o gospodarstwa słodkowodne. Coraz więcej farm rybnych znajduje się na pełnym morzu. Szacuje się, że przy obecnym tempie ich wzrostu już za 20 lat blisko 80 procent produkcji owoców morza pochodzić będzie z hodowli. Co prawda dziki łosoś i okoń morski kosztuje od 6 do 10 razy więcej niż ich hodowlany kuzyn, ale konia z rzędem temu, kto jest w stanie różnicę między nimi wychwycić, a jeszcze rzadziej: komu ona przeszkadza. Karłowata wersja prywatyzacji morza, znana jako individual transferable quotas (ITQ) zwiększyła połowy ryb w Nowej Zelandii i Australii pięciokrotnie. Zdaniem Michaela Markelsa z Ocean Farming, Inc. ryb, skorupiakowe i innych owoców morza dzięki prywatyzacji byłoby do 2000 razy więcej! Przy niewielkich nakładach tylko połowy dorsza można by zwiększyć…dwustukrotnie, przy czym jego hodowlana cena spadłaby trzykrotnie.


W czym więc problem? Przeszkodą jest niemal całkowita nacjonalizacja akwenów, stąd w rybołówstwie obowiązuje filozofia na poły rabunkowa: wyłowić, zarobić, po nas choćby potop. Jest ona skutkiem braku właściciela łowisk. Gdyby na akwenach obowiązywał wolny rynek i takie samo prawo własności, jak w przypadku łąk i pastwisk, ryb, czy nawet tanich homarów by nie zabrakło. Współczesny rybak nie liczy się z tym, co stanie się z rybą za lat 10 czy 30. Gdyby był właścicielem akwenu, lub jego udziałowcem, myślałby długofalowo. Zarybiał, prowadził planowe łowienia, dokarmianie, nawożenie i chronił przyszłe pokolenia. Tak jak robi to właściciel łąki, na której pasie się stado byków czy owiec.


Zamiast więc ograniczać połowy należałoby raczej sprywatyzować państwowe, czyli bezpańskie łowiska. Dorsza na nich nie zabraknie. Problem w tym, że ani Joe Borg, ani unijna administracja ds. rybołówstwa takiej alternatywy nie biorą pod uwagę. Najwyższy czas dać im dobry przykład. Pomożemy w ten sposób rybakom, ale przede wszystkim sobie.

Jan M Fijor
www.fijor.com
Podziel się
oceń
0
0

"Antychryst według proroctwa Sołowiowa"


Temat ten zajął moją wyobraźnię dzięki temu, że kard. Giacomo Biffi, który w tym roku głosił rekolekcje wielkopostne w Watykanie, nawiązał - na marginesie nauk - do zastanawiającego proroctwa Włodzimierza Sołowiowa, rosyjskiego pisarza zmarłego w 1900 roku. Emerytowany arcybiskup Bolonii przypomniał, że w proroczej wizji Sołowiowa szatan "przedstawi się jako pacyfista, ekologista i ekumenista. Ma zwołać sobór ekumeniczny i będzie dążył do ugody ze wszystkimi chrześcijańskimi wyznaniami, zgadzając się na ustępstwa wobec każdego z nich. Ogół chrześcijan pójdzie za nim, z wyjątkiem małych grup katolików, prawosławnych i protestantów".


Komentując naukę rosyjskiego filozofa, kard. Biffi w zwięzłej syntezie przypomniał, co jest problemem naszych czasów. Powiedział mianowicie, że dzisiejszemu chrześcijaństwu (i szczególnie Kościołowi) grozi zredukowanie religii do systemu "wartości". Tymczasem w centrum życia chrześcijańskiego stoi osobowe spotkanie z Jezusem Chrystusem. Kardynał przytoczył zdanie Sołowiowa, który powiedział: "Przyjdą dni, w których chrześcijanie będą kuszeni, aby przełożyć wydarzenie zbawcze na czystą serię wartości". W opisie Sołowiowa małe grupki chrześcijan, odrzucające tego rodzaju pokusę, odpowiedzą szatanowi: "Ty nam oferujesz wszystko, z wyjątkiem tego, co nas interesuje: Jezusa Chrystusa". Kardynał podkreślił, że nauka Sołowiowa jest upomnieniem dla ludzi naszej epoki, w której "obserwuje się ryzyko chrześcijaństwa biorącego w nawias Chrystusa z Jego Krzyżem i Zmartwychwstaniem".
Jest to niebezpieczeństwo zagrażające chrześcijanom, "ponieważ Syna Bożego nie można przełożyć na serię dobrych pomysłów odpowiadających panującej mentalności tego świata". Chrześcijanie, którzy pójdą za tą pokusą, będą z zachwytem przyjmowani w transmisjach telewizyjnych i na salonach. Ale to wiąże się z wyrzeczeniem się Chrystusa. Kardynał nie omieszkał wyjaśnić, że to, co powiedział, nie oznacza potępienia "wartości" jako takich; są - twierdził - "wartości absolutne, takie jak dobro, prawda i piękno. Kto je przyjmuje i kocha, ten kocha także Chrystusa, nawet jeśli o tym nie wie, ponieważ to On jest Prawdą, Dobrem i Pięknem". Istnieje jednak świat wartości względnych, których nie wolno absolutyzować, ponieważ to prowadzi do bałwochwalstwa i otwiera drogę do odrzucenia zbawienia. Kardynał ostrzegł, że jeżeli ktoś żyje duchem świata (na przykład dialog ze wszystkimi za wszelką cenę) może oderwać się od Chrystusa i znaleźć się "w stronnictwie antychrysta".

"Badajcie duchy"
Sposób widzenia świata i chrześcijaństwa prezentowany przez księdza kardynała jest zgodny z tym, co pisze św. Jan Ewangelista w Pierwszym Liście: "Umiłowani, nie dowierzajcie każdemu duchowi, ale badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie. Po tym poznajecie Ducha Bożego: każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga. Każdy zaś duch, który nie uznaje Jezusa, nie jest z Boga; i to jest duch antychrysta" (1 J 4, 1-3). W ogóle pisma św. Jana Ewangelisty jasno ukazują sytuację człowieka (i ludzkości) w obliczu zbawczego dzieła dokonanego w osobie Jezusa Chrystusa.
Temat antychrysta zajmował watykańskiego rekolekcjonistę już wcześniej i pewne rozważania w tej kwestii kard. Biffi zawarł w tomie wydanym w 2005 r., zatytułowanym "Pinocchio, Peppone, l'Anticristo e altre divagazioni", o czym pisze Sandro Magister na swojej stronie internetowej. W postaci antychrysta opisanej przez Sołowiowa kard. Biffi widzi de facto symbol religijności pełnej zamętu, jaki obserwujemy w naszych czasach. Na tej samej stronie internetowej (www.chiesa.espresso) dzieli się swoimi uwagami sam kard. Biffi, podkreślając szczególne cechy "osobowości" antychrysta portretowanego przez Sołowiowa. Otóż - jest to "spirytualista, asceta, uczony, filantrop". Można powiedzieć - same cnoty. Nadto - według Sołowiowa - antychryst wsławił się jako znakomity egzegeta. Obszerne dzieło z zakresu krytyki biblijnej zdobyło mu tytuł doktora honoris causa na uniwersytecie w Tubingen. Interesujące, że to dzieło biblijne miało nosić tytuł: "Otwarta droga do powszechnego pokoju i dobrobytu". Miała się w nim znajdować szeroka i głęboka synteza wszystkich nauk i metod - od empirii do mistyki i synteza wszelkich ideałów humanistycznych. Budziło pewien niepokój to, że w całym obszernym dziele biblijnym (!) ani razu nie pojawiło się imię Chrystusa. Obrońcy mówili: "przecież całe dzieło jest tak głęboko przeniknięte duchem chrześcijańskim, że niczego więcej nie trzeba. Przecież autor nie ujawnia wobec Chrystusa jakiejś wrogości z zasady".
W całej filozofii antychrysta na temat Chrystusa są trzy rzeczy, których nie może on zaakceptować. Pierwsza to stanowisko Jezusa wobec moralności: "Chrystus swoim moralizmem podzielił ludzi według kryterium dobra i zła, a ja ich jednoczę dobrodziejstwami, które są konieczne zarówno dobrym, jak i złym" (Kiedyś przypadkiem słyszałem katechezę pewnego pobożnego rabina, który dowodził, że Chrystus "dzieli", natomiast dopiero Abraham "łączy" wszystkich ludzi. Biedny rabin...). Po drugie, antychryst nie zgadza się na jedyność Chrystusa w kontekście dzieła zbawienia. Antychryst uważa, że Chrystus jest tylko jednym z wielu; owszem, twierdzi: "On był moim poprzednikiem, ponieważ ja tylko jestem doskonałym zbawicielem, jako że oczyszczam jego orędzie z tego wszystkiego, co jest nie do przyjęcia dla dzisiejszego człowieka" (Wspomnijmy, nawiasem mówiąc, jakie sprzeciwy niektórych "teologów" wywołało ogłoszenie przez Kongregację Nauki Wiary Deklaracji "Dominus Iesus" - właśnie "o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła"). Po trzecie, rzeczą absolutnie nie do przyjęcia przez antychrysta jest to, że Pan Jezus wciąż żyje i nie dał się na zawsze zamknąć w grobie (To może być powodem - znowu nawiasem mówiąc - dlaczego niektórzy "uczeni" usiłowali rozdmuchać całkowicie absurdalną "informację" o znalezieniu grobu Jezusa i jego "śmiertelnych szczątków". To dowodzi, jak rozpaczliwych metod chwyta się wróg Chrystusa).

"Nowe (?)
chrześcijaństwo"
Filozofia (teologia?) antychrysta prowadzi w pewien sposób do stworzenia czegoś w rodzaju "nowego chrześcijaństwa", zaprojektowanego między innymi przez Lwa Tołstoja. Jest to chrześcijaństwo zredukowane do ascetyzmu i sentymentalnego humanizmu, niezawierające - żywotnego przecież - odniesienia do osoby Chrystusa. Przykazania, do których Tołstoj sprowadza Kazanie na Górze, "pochodzą oczywiście od Chrystusa, ale dla ich ważności nie jest konieczne aktualne istnienie żyjącego Syna Bożego". Jest to - według Sołowiowa - przykład przetłumaczenia Ewangelii na "system wartości". Krytykę aktualnej sytuacji w chrześcijaństwie, zwłaszcza w Kościele po Soborze Watykańskim II, podjęli także poważni myśliciele, których idee referuje znany nam już Sandro Magister pod datą 7 lutego 2005 roku. Są to: Romano Amelio, filozof, autor dzieła pt. "Iota unum. Studio delle variazioni della Chiesa Cattolica nel XX secolo" (1985). Drugie dzieło, kontynuujące temat, ma tytuł: "Stat Veritas. Seguito a 'Iota unum'" (1997). W obu pracach Romano Amelio odnosi się krytycznie do takich zjawisk, jak przeakcentowanie "miłości" ze szkodą dla Prawdy lub pewne "zranienie" wiary w Trójcę Przenajświętszą. Drugim autorem przytoczonym przez dziennikarza jest Divo Barsotti, mistyk. Wydał on wiele prac, w których m.in. poddał krytyce styl pracy Soboru Watykańskiego II, który według niego był bardziej "teologiczny" niż "doktrynalny". Biskupi obecni na Soborze powinni powiedzieć, co należy przyjąć jako przedmiot wiary, a co odrzucić; jednak tak się nie stało. Innym myślicielem przytoczonym przez dziennikarza jest Inos Biffi (nie mylić z kardynałem), teolog, interesujący się wiarą w aspekcie prawdy. Wydał pracę pt. "Verit? cristiane nella nebbia della fede" (2005). Krytycznie ocenia zjawisko przeniesienia punktu ciężkości z przyjęcia prawdy wiary na uprawianie ideologii dialogu, "aggiornamento" i ekumenizmu. Twierdzi, że "ta ideologia zatruła po części wszystkich, nawet nauczycieli wiary, u których takie słowa jak 'dialog' i 'aggiornamento' powtarzają się z męczącą monotonią, powiązane 'obsesyjnie' ze słownictwem 'solidarności', 'przyjęcia', 'pokoju', 'promocji człowieka', 'opowiedzenia się za tymi ostatnimi', 'prośby o przebaczenie przeszłych win Kościoła', 'ekumenizmu' i w końcu 'utopii'. Pomija się natomiast rolę łaski, sakramentów, temat ostatecznego celu człowieka, to jest miłującej kontemplacji Trójcy Świętej, prawdę o piekle i niebie, grzech, a przede wszystkim misterium Chrystusa, w którym każdy człowiek został przeznaczony do wieczności". Biffi krytykuje też płytki ekumenizm, a także nieprzemyślane odwoływanie się do "jednego Boga" w celu pojednania religii "monoteistycznych". Jednak z pojęcia "jednego Boga" nie wynika jeszcze, kto jest tym Bogiem. Bo "jedynym Bogiem jest tylko 'Bóg Jezusa Chrystusa': Ojciec, Syn i Duch Święty, co dla muzułmanów oznacza bluźnierstwo".

Tropić ślady
"Trojańskiego konia"
W podobny sposób, jak pamiętamy, krytykował pewne odchylenia od prawdziwej nauki Kościoła słynny filozof niemiecki Dietrich von Hildebrand. Znane są u nas jego książki na ten temat: "Koń trojański w Państwie Bożym" i "Winnica spustoszona". Sporo krytyki poświęca ten filozof zafałszowaniu podstawowych pojęć antropologicznych i chrystologicznych, na których opiera się etyka katolicka, tak wytrwale broniona przez Karola Wojtyłę (Jana Pawła II). Powinno się też wydobyć na światło zapomnianą książkę ks. Michała Poradowskiego pt. "Kościół od wewnątrz zagrożony", w której autor krytykuje rzeczowo tendencje do zainfekowania teologii przez marksizm i samego chrześcijaństwa przez sekularystyczne wizje zbawienia. Pewne zjawiska dotyczące historii Soboru ocenia krytycznie również wybitny specjalista, przewodniczący Papieskiej Komisji Nauk Historycznych Walter Brandmueller ("Avvenire", 29 listopada 2005 r.). Twierdzi, że Sobór Watykański II, w odróżnieniu od poprzednich, nie wydał żadnego orzeczenia definitywnego w kwestii wiary, lecz chciał jedynie w sposób pozytywny przybliżyć światu Ewangelię. Jan XXIII uważał, że ten styl nauczania odpowiada wymogom dzisiejszego czasu. Jest to piękne, ale Sobór wsławiłby się bardziej, gdyby w ślad za poprzednimi Papieżami odważył się wyraźnie potępić komunizm. Konstytucje posiadają charakter doktrynalny, jednak bez ścisłych norm wiążących. Kanonista Klaus Moersdorf twierdzi, że Deklaracja o wolności religijnej "Dignitatis humanae" nie zawiera treści normatywnych. Jest to - jak uważa Brandmueller - całkowita nowość w dziejach Soborów (tamże). Na temat pominięcia wyraźnego potępienia komunizmu przez Sobór Watykański II ostrzej niż Brandmueller wypowiada się Antonio Socci (Libero, 11 października 2006 r.).
Wielu uważało, że rezygnacja z akcentów ściśle dyscyplinarnych i normatywnych zachęci społeczeństwo do zaakceptowania łagodnie podanej nauki Kościoła. Tymczasem stało się przeciwnie. Było to widoczne szczególnie w zakresie nauki moralnej dotyczącej powołania małżeństwa i rodziny. Brak jasnych i zdecydowanych rozstrzygnięć (których domagało się bardzo wielu ojców soborowych) stał się pretekstem do zastosowania w interpretacji Soboru kryteriów subiektywistycznych, relatywistycznych i pluralistycznych. Rezygnacja z mocnego autorytetu w głoszeniu Ewangelii przez Kościół zaowocowała pojawieniem się zjawiska samozwańczych autorytetów, wraz z niezależnym od obiektywnej prawdy "autorytetem" prywatnego sumienia. Niedługo po Soborze wybuchła potężna opozycja ekspertów, teologów, mediów, a nawet całych grup Episkopatu w pewnych krajach przeciwko nauce Kościoła ogłoszonej przez Pawła VI w encyklice "Humanae vitae" (1968). Nadzieje na chętne przyjęcie nauki Ewangelii w duchu dialogu spaliły na panewce. Natomiast błędy polegające na dostosowaniu nauki Kościoła do "mentalności tego świata" wzmacniały się i mnożyły. Każdy widzi, że rozwija się materializm praktyczny, hedonizm, konsumpcjonizm, laicyzm, sekularyzm, ateizm, który z powrotem przyjmuje formę walczącą i agresywną. Dzieje się to w tych krajach, w których - pod pozorem demokracji - zadomowiły się hasła wolności sumienia, tolerancji i liberalizmu. Pod osłoną praw państwowych i międzynarodowych (różne konwencje "praw człowieka") panoszy się działalność różnych grup i organizacji zwalczających chrześcijaństwo jawnie i cynicznie, wszędzie tam, gdzie kościoły i gminy chrześcijańskie cieszyły się dotąd ochroną prawa konstytucyjnego. Nie wolno mówić źle o homoseksualistach, ateistach, żydach, mahometanach, ale wolno niszczyć, poniżać i profanować chrześcijaństwo i święte znaki religii. Szczególnie w Ameryce dzieje się to w imię obrony świętej zasady "rozdziału państwa od Kościoła" (zob. Tim Bueler, Liberale Pushing Anti-christian Hate Crimes Bill, www.MichNews.com, 22 marca 2007; także Gregory Koukl, The Myth of Moral Neutrality, Townhall 16 marca 2007). W tych wszystkich prądach widać jak na dłoni dążenie do realizacji programu oddzielenia człowieka od Boga. Chrześcijaństwo powstało w wyniku zjednoczenia Boga z naturą ludzką. Teraz obserwujemy w naszej kulturze prąd przeciwny, który może pochodzić tylko od antychrysta: w imię autonomii człowieka oderwać go od wszelkiego związku z Bogiem Jezusa Chrystusa. Niech wierzy we wszystkie "wartości", które chce, ale niech nie szuka zjednoczenia z Chrystusem.
Europa
"klubem wartości"
W tym na przykład duchu przemawiał wybitny mason włoski, mistrz "Wielkiego Wschodu" Gustavo Raffi z okazji europejskiego szczytu w Neapolu. Twierdził, że sens korzeni chrześcijańskich polega na tym, że chrześcijaństwo wprowadziło kulturę humanistyczną i ugruntowało zasadę laickości państwa oraz broni prymatu prawa we współżyciu społecznym. Za tą tezą idzie też prof. Silnio Ferrari, uważając, że "Europa jest laicka, ponieważ jest chrześcijańska" (blog w Espressonline, 28 listopada 2003 r.). Nie dziwi nas zatem wypowiedź Angeli Merkel, która w swoim uroczystym wystąpieniu powiedziała, że "Europa nie jest klubem chrześcijan (...) Europa jest klubem wartości podstawowych, opierają się one w swej istocie na tym, co my nazywamy chrześcijańskim wizerunkiem człowieka". Jest to wyraźne odrzucenie istoty chrześcijaństwa na rzecz zakodowanego w świadomości pani Merkel "chrześcijańskiego wizerunku człowieka". Jest to zredukowanie prawdy religii do subiektywnego i relatywnego obrazu etosu. Ten "wizerunek chrześcijańskiego człowieka" został już w Europie tak głęboko zdeformowany, że nie można się w nim dopatrzyć rysów Chrystusowych objawiających prawdę obrazu Bożego. Pani Merkel kultywuje "wizerunek człowieka", ale odrzuca wizerunek Boga widoczny na Obliczu Jezusa Chrystusa. Poza tym nazwanie Europy "klubem", zwłaszcza w kontekście twierdzenia odrzucającego chrześcijańską tożsamość Europy, jest czymś upokarzającym. My nie prosiliśmy się, by nas przyjęto do "klubu", w którym zobowiązujemy się do respektowania reguł ustalonych przez jego biurokrację. My jesteśmy narodem, który należy do rodziny europejskich narodów wraz z całą jej historią i tożsamością, która po II wojnie światowej miała być odnowiona i przywrócona do pierwotnej prawdy.
Subiektywnie rozumiany wizerunek człowieka chrześcijańskiego może być bardzo różnie ukształtowany. Przykładem takiej oryginalnej interpretacji może być niedawne wydarzenie, jakie miało miejsce w Papui Nowej Gwinei (Agencja Fox, 20 marca 2007). Pewien tamtejszy chrześcijanin wpadł na pomysł, że najwyższą wartość ma człowiek. Zwłaszcza człowiek rodzaju żeńskiego. Tę wartość posiada szczególnie z tego powodu, że można tego człowieka (kobietę) zjeść. Żeby zdobyć wyższy poziom motywacji dla uprawiania tego rodzaju "wartości", ów mieszkaniec, nazwiskiem Steven Tari (lat 35), umyślił sobie, że jest kolejnym wcieleniem Chrystusa, dokładniej "Czarnym Jezusem". Wędrując więc po wyspie, gromadził uczniów, aż bezstronni mieszkańcy zauważyli, że składanie ofiar z kobiet i picie ich krwi jakoś nie zgadza się z ich "światem wartości", jaki sobie utworzyli w dużej mierze dzięki pracy misjonarzy katolickich na tamtym terenie. Postanowili więc tego osobnika schwytać i oddać policji. Grozi mu kara śmierci. Nie wiem, jak pani Merkel czułaby się w jego towarzystwie...
Szatan nie jest wrogiem wartości; owszem może być ich genialnym kreatorem i inspirować wzruszającą filozofię tłumaczącą ich genezę i urzekające ich piękno. Nie potrafi tylko jednego: oddać w pokorze hołdu Barankowi, który uniżył samego Siebie i "stał się posłuszny aż do śmierci". Dlatego też jedyną drogą uwolnienia się od wpływu antychrysta nie jest dyskusja czy dialog, lecz pokorne pełnienie woli Ojca wyrażonej w Przykazaniach. Europie i Polsce nie jest potrzebny "klub wartości", lecz Chrystus. Dlatego jeszcze raz wzywam: oddajmy Polskę we władanie Chrystusa.
ks. prof. Jerzy Bajda

http://www.naszdziennik.pl



Podziel się
oceń
0
1

"Liturgia ścisła." Artykuł o Tradycjonalizmie Katolickim w Polsce.

Liturgia ścisła
Co boli polskich tradycjonalistów
Nie znoszą poklepywania Pana Boga po plecach. Rozczarowani posoborową Mszą, szukają schronienia w łacinie i dymie kadzidła.
Marcin Libicki, 68-letni eurodeputowany PiS, uważany jest za nestora poznańskich tradycjonalistów. W rankingu szwajcarskiej organizacji The European League Of Geneva wybrany najskuteczniejszym europarlamentarzystą polskim. Swoich rozmówców lubi na próbę zapytać, jakiego wyznania jest Pan Bóg. Katolickiego, oczywiście. Jak katolik odpowie, że nie wie, u Libickiego jest spalony.

Uważa, że problemem dzisiejszego Kościoła nie jest zła liturgia posoborowa. Tylko to, że liturgii w ogóle nie ma.

Przez 40 lat obserwował zmiany w życiu Kościoła w Polsce i w Europie. – Stopniowo znikał aspekt mistyczny, sakralny. Religia porządkowała życie społeczne, a przestawała łączyć człowieka z Bogiem – twierdzi.

Wątpi w dobre intencje reformatorów, którzy po Soborze Watykańskim II znieśli Mszę trydencką. – Chcieli uczynić tajemnice Mszy bliższymi człowiekowi, a doprowadzili do jej desakralizacji – przekonuje. – W Polsce to mniej widoczne, ale na Zachodzie doszło do katastrofy. Znamienna jest zamiana symboliki krzyża na znak ryby.

W Brukseli widział, jak ksiądz przy Podniesieniu rozszarpał gwałtownym ruchem Hostię i pokazał ją ludziom w dwóch rękach. A przy komunii księża trzymali patenę z opłatkami i kielich. Wierni obsługiwali się sami.

W Poznaniu na Mszy dla dzieci ksiądz kładł na ołtarz misia.

– To infantylizacja najpiękniejszej rzeczy, jaka jest po tej stronie Nieba – przekonuje Libicki. Wątpliwości pomógł mu uporządkować szef poznańskiego ZChN Marek Jurek. Razem z kilkoma innymi działaczami uzyskali w 1994 r. zgodę abp. Jerzego Stroby na odprawianie w Poznaniu Mszy trydenckiej.

Krakowski kościół bonifratrów. Dzwon. Wierni wstają. Kapłan w złoto-fioletowym ornacie z wielkim krzyżem powoli wkracza do głównej nawy z dwoma ministrantami. Na głowie ma czarny biret. Całuje ołtarz i długo go okadza. Szepcze modlitwy. Obraca się do ludzi: – Dominus vobiscum. – Et cum spiritu tuo...

Msza czy spotkanie towarzyskie

Jan Filip Libicki jest synem Marcina, posłem PiS. Kawaler, 34 lata, porusza się na wózku inwalidzkim. Rozmowny jak ojciec i tak samo jak on nie boi się mocnych słów. W zeszłym roku proponował, by w polskich miastach wydzielić dzielnice dla sex-shopów i domów publicznych. Skoro już są, to niech znikną z głównych ulic.

W latach 80. często wyjeżdżał leczyć się na Zachód. Trudno mu było uwierzyć w niektóre sceny.

– Ksiądz, zaraz po Mszy, stojąc jeszcze przy ołtarzu, zdjął przez głowę albę i jakby nigdy nic wyszedł sobie na miasto – wspomina.

W Polsce uczestniczył w Mszach duszpasterstw młodzieżowych, ale czuł niesmak. – To często były raczej spotkania towarzyskie. Tam się nie szło po to, żeby kontemplować liturgię – mówi.

W czasie jednego z wyjazdów do Niemiec odwiedził seminarium Bractwa św. Piotra, księży tradycjonalistów wiernych Rzymowi, w Wigratzbad nad Jeziorem Bodeńskim. Tam po raz pierwszy uczestniczył w starej Mszy. – Nie podobała mi się, niewiele rozumiałem – przyznaje.

Zaczął czytać publikacje na temat Mszy trydenckiej, by odnaleźć w nich odpowiedzi na swoje wątpliwości. W 1984 roku trafił na „List otwarty do zakłopotanych katolików" abp. Marcela Lef?bvre'a. Porównał go z „Raportem o stanie wiary" kard. Ratzingera. – Oni pisali o tych samych sprawach, tylko nieco innym językiem – uważa.
W Polsce tradycjonalistów jest około tysiąca. Wywalczyli sobie stare Msze w jedenastu miastach. Środowisko poznańskie, najsilniejsze w Polsce, uzyskało specjalne zezwolenie – tzw. indult – jako pierwsze w kraju. Do dziś w Wielkopolsce rej wodzą byli działacze ZChN, obecnie politycy pierwszej linii. Ale są też naukowcy, publicyści, prawnicy, studenci. Ludzie energiczni, o poglądach na ogół mocno prawicowych. Wielu to działacze konserwatywnego Klubu Monarchistyczno-Zachowawczego, w którego manifeście napisano, że wszelka władza pochodzi od Boga. Kiedyś byli ministrantami, uczestnikami pielgrzymek, duszpasterstw. Potem wyjeżdżali na zagraniczne stypendia. Szukali starej Mszy, bo, jak mówią, zgorszyli się tym, co zobaczyli w tamtejszych kościołach.

Bogusław Kiernicki, 45 lat, jest prezesem Fundacji św. Benedykta, która wydaje „Christianitas", pismo środowisk tradycjonalistycznych. W dzieciństwie zdążył jeszcze być ministrantem w starym rycie, ale te wspomnienia szybko się zatarły.

W 1984 r. pojechał do Hiszpanii na zjazd młodzieży katolickiej. Tam przeżył wstrząs. Do dzisiaj nie jest pewien, czy pierwsza Msza, w jakiej tam uczestniczył, w ogóle była Mszą. W czasie zwykłego śniadania jeden z księży, w normalnym ubraniu, odszedł od stołu, wziął z niego chleb i wino, i nagle okazało się, że trwa liturgia.

Po powrocie do Polski zastanawiał się, co stało się na Zachodzie. Rozczytywał się w „30Giorni", katolickim piśmie związanym z włoską chadecją i konserwatywnym ruchem „Comunione e Liberazione", które dostawał od jednego z biskupów. W 1987 r. wyjechał na stypendium do Włoch i tam po raz pierwszy od prawie 20 lat trafił na starą Mszę. Potem przeniósł się do Paryża. Był to akurat czas, kiedy nad abp. Lef?bvrem gromadziły się czarne chmury. Kiernicki zaczął regularnie już chodzić na Msze trydenckie.

Po roku poszedł na pielgrzymkę tradycjonalistów do Chartres. – Kiedy wychodziliśmy z Notre Dame, żegnał nas abp Lef?bvre. Miał wśród nas ogromny autorytet – wspomina. – Krążyła wiadomość, że podpisał porozumienie z kard. Ratzingerem i na końcu pielgrzymki uroczyście ogłosi pojednanie z Rzymem. Szliśmy z poczuciem radości i nadziei.

W Chartres czekały zatrzaśnięte bramy katedry. Abp Lef?bvre nie złożył podpisu pod umową i zdecydował samowolnie wyświęcić czterech biskupów. Spadła na niego ekskomunika.

– Oznajmiono nam decyzję biskupa miasta, że katedra to nie miejsce dla tradycjonalistów. Wielu z nas płakało z żalu, zmęczenia i wściekłości. Msza została odprawiona na zewnątrz. Te wydarzenia zostawiły w mojej pamięci głęboki ślad. To byli ludzie wierzący, młodzi katolicy, którzy mieli za sobą trud pielgrzymki i chcieli tylko wejść do świątyni i pomodlić się przed cudownym wizerunkiem Matki Bożej. I mieli do tego prawo! – irytuje się.

To przeżycie ostatecznie związało Kiernickiego z tradycjonalistami. Tymi, którzy pozostali przy Papieżu.

Poznań, kościół franciszkanów na Wzgórzu Przemysła. Przy ołtarzu wspierającym się o płytę pilśniową (trwa remont) siwo od kadzidła. Pochylony nad nim celebrans długo wypowiada słowa konsekracji. Prostuje się, w jego wyrzuconych w górę rękach widnieje Hostia.

Opór proboszczów

Na mocy wydanego przez Jana Pawła II w 1988 r. dekretu „Ecclesia Dei" biskupi mogą udzielać zgody na odprawianie Mszy i udzielanie sakramentów w starym rycie. Tyle w świetle prawa. Praktyka bywa inna.

– W Poznaniu zostaliśmy oćwiczeni okrutnie – twierdzi Justyn Piskorski, 36-letni prawnik karnista o ostrym jak brzytwa języku. Nigdy nie zapomni wyjazdu do niemieckiego Oldenburga. Długo szukał kościoła katolickiego. Odnalazł taki, gdzie w prezbiterium stał sprzęt gimnastyczny: materace i instalacja do skoku wzwyż. Po czytaniach celebrans usiadł. Dziewczynka w stroju sportowym rozpędziła się wzdłuż głównej nawy i przeskoczyła nad poprzeczką. Ministranci podnieśli barierkę wyżej, ona znowu skoczyła. I tak kilka razy. W końcu ksiądz wyszedł na ambonę i powiedział, że w życiu trzeba sobie stawiać coraz większe wymagania.

Co niedzielę z żoną i dziećmi przejeżdża 30 kilometrów z domu pod Poznaniem na Mszę trydencką.

Piskorski korespondował z kurią w sprawie ślubu i chrztu trojga swoich dzieci. Ślubu nie udało się wywalczyć. – Dostaliśmy odpowiedź, że wolą Ojca Świętego jest, żeby tradycja nie przechodziła na następne pokolenia. Innym razem, że jesteśmy zbyt młodzi, żeby deklarować przywiązanie do starego rytu. Proszono, aby z pokorą przyjąć decyzję odmowną.

Władysław Bogaczyk, tradycjonalista

i szef poznańskiego oddziału „Gazety Wyborczej", starał się o chrzest syna w starym rycie. Kurialny specjalista od prawa kanonicznego odpowiedział mu, że Papież sobie nie życzy. Pomógł ówczesny opiekun grupy trydenckiej. – Jak za komuny: jak się znało panią Ziutę w sklepie, to się miało szynkę – ironizuje Bogaczyk. W chrzcie jego synka uczestniczył ksiądz z Bractwa św. Piotra, ksiądz z kurii i proboszcz.

– Cyrk – śmieje się Bogaczyk. – Mój syn to nie książę Filip ani księżniczka Anna i nie ma potrzeby, żeby go chrzciło trzech księży.

– Kuria nie udziela chętnie zgody na sakramenty ze względu na opór proboszczów – tłumaczy ks. prałat Jan Stanisławski, wyznaczony przez metropolitę poznańskiego abp. Stanisława Gądeckiego na opiekuna tamtejszych tradycjonalistów. – Posługi duszpasterskie, a więc i udzielanie sakramentów, należą do obowiązków proboszcza. Nie można na podstawie upodobań części wiernych tworzyć parafii personalnych i powodować rozdźwięku w diecezji.

Kraków. Wierni w ciszy zbliżają się do balasek dzielących nawę od barokowego prezbiterium. Młody człowiek z pierwszej ławki długo zwleka. Klęcząc z pochyloną głową, bije się w piersi. Kapłan przed każdym z przyjmujących komunię kreśli Hostią znak krzyża – Corpus Domini nostri Iesu Christi custodiat animam tuam in vitam aeternam amen.

Komunia od hostessy

– Interpretacja Soboru poszła zupełnie nie tam, gdzie pozwalały jego dokumenty – uważa Marcin Libicki. – Na usprawiedliwienie tego ukuto określenie „Duch Soboru".

– Ale nie można powiedzieć, że przed Soborem wszystko było dobrze – odpowiada ks. Wojciech Grygiel z Bractwa św. Piotra, który odprawia trydenckie Msze w Krakowie. – Panował rubrykalizm, z liturgii zrobiono system mało zrozumiałych symboli, wyłączając w ten sposób wiernych z aktywnego uczestnictwa. Jeśli jednak liturgię się spłaszczy i odbierze jej wymiar misterium, osłabi to kontakt człowieka z Bogiem – dodaje.
– Parę lat temu w Poznaniu w kościele Nawiedzenia NMP komunii udzielał ordynariusz – opowiada Marcin Libicki. – Ludzie klękali, a towarzyszący biskupowi kapelan krzyczał: „proszę wstać, proszę wstać, przyjmujemy na stojąco!".

– Co to za Pan Bóg, przed którym człowiek nie klęka? – pyta Justyn Piskorski. Komunii na rękę, jak inni tradycjonaliści, nie uznaje.

Ks. Grygiel mocno jednak podkreśla, że pod względem sakramentalnym oba ryty, stary i nowy, są warte tyle samo. – Duch liturgii, o którym tyle mówił kard. Ratzinger i mówi Benedykt XVI, unosi się ponad samą liturgią.

– Czy Kościół czekał na zmianę rytu Mszy? – zastanawia się Bogusław Kiernicki. – Jeśli tak, to chyba niekoniecznie w tym kierunku, w jakim zmiany realnie nastąpiły. To dobrze widać na przykładzie benedyktynów tynieckich. Gdy przegląda się ich publikacje z tego czasu, to widać, że czekali na zmiany w duchu średniowiecznym, przywracające liturgii w jeszcze większym wymiarze kontemplację i milczenie. A po 1969 r. udawali, że cieszą się z Mszy beatowej, gitar i infantylnych piosenek.

– Rewolucja posoborowa w znacznym stopniu zniszczyła liturgię katolicką – mówi ostro Marcin Libicki. – Zmiany wprowadzone przez Pawła VI wypaczyły to, co było jej istotą.

Destrukcyjne zmiany w liturgii to według Libickiego przede wszystkim koncelebra, czyli odprawianie Mszy przez wielu kapłanów.

– Na Błoniach Mszę odprawiało 1,5 tys. księży. Więc to jest jedna Msza, czy 1500? – pyta. – Księża stali porozstawiani w promieniu kilkuset metrów od ołtarza. Nie czynili wszystkich potrzebnych gestów, nie odmawiali wszystkich modlitw. A jeżeli na przykład któryś był niewierzący, to cała liturgia była nieważna, czy tylko część?

Dla Libickiego sprawa jest prosta: jedna Msza – jeden kapłan.

W oczach tradycjonalistów zreformowana liturgia traci wyrazistość. Włodzimierz Bogaczyk widział w Portugalii Mszę, w czasie której kapłan wszystkich chętnych zaprosił za ołtarz. – A komunię rozdawała jakaś przypadkiem wybrana starsza pani. Ksiądz wskazał na nią palcem i zawołał: „no chodź, chodź!".

– We Francji często widziałam szafarzy nadzwyczajnych – dodaje studentka Kasia spotkana na poznańskiej Mszy indultowej. – Panienki rozchodzą się po kościele z drewnianymi, nieliturgicznymi naczyniami i jak hostessy z uśmiechem podają hostię.

– Czasem ksiądz mówi na końcu Mszy: „taka dzisiaj zimna niedziela, idźcie do domu, napijcie się ciepłego rosołku", a potem błogosławi – oburza się Marcin Libicki. – To jest dezintegracja kultu. W liturgii o rosołku nie ma ani słowa.

– W praktyce liturgii posoborowej widzę tendencję do poklepywania Pana Boga po plecach – ocenia jego syn.

Poznań. – Pater noster, qui es in cealis – starczym, ale dostojnym i nieco tylko drżącym głosem intonuje modlitwę kapłan. Wierni w ciszy wysłuchują śpiewu, po czym włączają się w ostatnim wersie: – Sed libera nos a malo.

Grupa kłopotliwa


Poznańscy tradycjonaliści opowiadają, że Mszę w rycie trydenckim musieli wywalczyć. Abp Stroba wydał indult, czyli specjalną zgodę na odstępstwo od praktyki kościelnej. Msza trydencka w niej się nie mieści. Zgodził się na jej odprawianie najpierw co miesiąc, potem co dwa tygodnie. Na czas próby.

Bogaczyk: – To zresztą była Msza w maleńkiej, nieogrzewanej kaplicy, a uczestnicy zostali zobowiązani, żeby nikomu o niej nie mówić. Jak za Niemca!

Na Mszę przychodzą przede wszystkim młodzi. – Urodzili się po Soborze i odkryli trydencką liturgię na nowo – tłumaczy Filip Libicki. – A większość niewtajemniczonych sądzi, że spotka się tu głównie sentymentalne starsze panie.

– Ciekawa rzecz, w Krakowie przychodzi dużo ludzi po studiach ścisłych, fizycy, matematycy, mniej humanistów – mówi ks. Wojciech Grygiel. – Stara liturgia jest bardziej poukładana, przewidywalna, ma w sobie coś matematycznego. Być może dlatego odpowiada tym, którzy lubują się w ścisłości.

Po kolejnych prośbach abp Gądecki przyznał poznańskim tradycjonalistom coniedzielną Mszę o 14.00 w dużym kościele, u franciszkanów.

Niektórzy tradycjonaliści skarżą się na przydzielonych im księży.

– Czasem manifestują regularną niechęć, wygłaszają skrajnie propagandowe kazania o błędach, w których tkwimy – denerwuje się Justyn Piskorski. – Rozumiem, że jak wszyscy chrześcijanie musimy nieść swój krzyż, ale czemu funduje nam go Kościół?

Jak 72-letni prałat Stanisławski zareagował na wyznaczenie go decyzją arcybiskupa na duszpasterza tradycjonalistów? – Tak jak każdy kapłan, w duchu posłuszeństwa – odpowiada. Nie czuje się jednak w tej funkcji komfortowo. – Stara liturgia mnie ukształtowała, to Msza moich prymicji – tłumaczy. – Ale odnowę soborową przyjąłem całym sercem. To była dla Kościoła wielka łaska. W liturgii przedsoborowej są punkty nie do utrzymania. Formuła ofiarowania chleba i wina za grzechy kapłana, kiedy Chrystus jeszcze nie jest obecny, te wszystkie powtórzenia i modlitwy odmawiane po cichu, brak dialogu. Gdy człowieka ukształtował już Sobór i przyjął go z pełną aprobatą, to tworzy się wewnętrzny rozdźwięk.

– Gdyby księża z Bractwa św. Piotra mogli w polskich miastach zakładać parafie, zrodziłyby się normalne struktury duszpasterskie – mówi Bogaczyk. – A tak, mamy zamknięte getto i dziwne ustalenia. Dlaczego w normalnych kościołach nie ma Mszy o 14.00? Bo wszyscy jedzą rodzinny obiad. W rezultacie na naszą Mszę przychodzi mało ludzi i mówi się o nich, że to grupa specyficzna, kłopotliwa.

Spokojnie czekają na zapowiadany papieski indult generalny. Benedykt XVI znany jest z sympatii dla tradycjonalistów. – Nie sądzę, żeby Papież całkowicie wyjął spod władzy biskupów celebrację starego rytu – studzi jednak nadzieje ks. Grygiel. – Wolna amerykanka doprowadziłaby do chaosu, który nikomu by nie służył. Musi być jakaś kurialna kontrola przygotowania liturgicznego księży, doboru kościołów, kwestii prawnych. Może na przykład na poziomie diecezjalnym biskupi powołają specjalnych wikariuszy do tej sprawy.

– Indult zdejmie utrudnienia w życiu tradycjonalistów – ma nadzieję Kiernicki. – Niektórzy księża wprowadzą Mszę trydencką do zwykłego porządku niedzielnego. Padnie mit, że to coś niebezpiecznego dla Kościoła.
– W Wigratzbad z jednego kościoła wspólnie korzysta seminarium Bractwa św. Piotra i zwykli parafianie – dopowiada Filip Libicki. – I tam na liturgii posoborowej używa się kadzidła, śpiewy są wprawdzie po niemiecku, ale na modłę gregoriańską. Trudno dociekać papieskich intencji – dodaje. – Myślę jednak, że jeśli taka koegzystencja obu rytów stanie się powszechna, to nowy ryt odzyska powagę celebracji, a na liturgię trydencką przestanie się patrzeć jak na dziwo.

Bogaczyk uważa, że wtórnym skutkiem indultu może być pojednanie Kościoła z lefebrystami. Tradycjonaliści podkreślają jedność z Rzymem, ale abp. Lef?bvre'a, założyciela Bractwa św. Piusa X, bardzo cenią. – Dobrze pamiętam go z czasu pobytu we Francji. Mam dla niego ogromną wdzięczność za to, co zrobił dla starej liturgii i dla tradycji Kościoła. Chociaż wyświęcenie biskupów bez zgody Rzymu to był błąd i nieszczęście – mówi Kiernicki.

– Modlę się o jego zbawienie – wyznaje Marcin Libicki.

Piskorski swojemu najmłodszemu synkowi nadał imię Marcel.

Fast food

Tradycjonaliści wiedzą, że w Polsce jeśli ktoś chce porządnie odprawianej Mszy, to ją znajdzie, szczególnie w dużym mieście. Bez indultu, bez rytu trydenckiego. – W Polsce, której niestety duch posoborowych zmian również nie oszczędził – zauważa Kiernicki – są jeszcze spore pokłady tradycyjnego chrześcijańskiego ładu. Jest wiele parafii, gdzie księża pobożnie odprawiają Mszę św., a wierni w niej pobożnie uczestniczą. Niezależnie od tego, w jakim rycie ta Msza jest sprawowana.

Po co więc walczyć o starą Mszę?

– Nie można udawać, że nic się nie wydarzyło – tłumaczy Kiernicki. – Że nie ma nadużyć, psucia Kościoła. Ale można na to spojrzeć jeszcze z innej, bardzo obecnie modnej perspektywy. Ekolodzy protestują dziś, kiedy zagrożony jest jakiś gatunek mrówki, żabki czy roślinki. Jak można więc stać i spokojnie patrzeć, jak umiera stara Msza?

Bogaczyk zastrzega, że Mszy nie można do niczego porównać. Ale jeśli by to zrobić i wyjść od tego, że Msza jest strawą duchową, to nowy ryt jest dla niego jak fast food.

Kraków. Kapłan powoli obraca się twarzą do ludzi i czeka, aż wybrzmi śpiewany przez pięciu kantorów chorał. Kreśli powoli nad wiernymi znak krzyża. Bierze głęboki oddech.

– Ite, missa est – śpiewa. Misternie moduluje drugą sylabę, aż o oktawę.

– Deo gratias – odpowiadają wierni.

Maciej Müller

Źródło - link


Podziel się
oceń
4
3

Krzysztof Kawęcki: Dziękujemy Ci Generale!


Z żalem przyjeliśmy wiadomość o śmierci wielkiego katolickiego przywódcy wojskowego Generała Pinocheta. Odszedł do Domu Ojca Autorytet Moralny katolickiej kontrrewolucji popularny w kręgach monarchistycznych b. prezydent Chile Senator Generał Augusto José Ramón Pinochet Ugarte.

Zwycięstwo Generała Pinocheta było możliwe dzięki bardzo dobrze zorganizowanemu ruchowi narodowemu w Chile na początku lat 70. Jego trzon stanowiła, powstała w 1966 r. Partia Narodowa, z połączenia prawicowych liberałów (zwolenników gospodarki wolnorynkowej), konserwatystów i narodowców. Drugą siłą polityczną prawicy chilijskiej była „Ojczyzna i Wolność”, odwołująca się do ideowej spuścizny frankizmu. Dopiero jednak Pinochet potwierdził, że „Myśl żyje dopiero w Czynie”. Odwoływał się do czasów Starożytnego Rzymu: „Kiedy Rzym był oblężony, poszli go szukać, żeby ratował ojczyznę. Wysłannicy znaleźli Cyncynata, uprawiającego ziemię. Był to człowiek prosty i wstrzemięźliwy. Włożył mundur, zorganizował kampanię, pokonał wroga. Złożono mu hołd, a później wrócił do pługa”.

Krzysztof Kawęcki: Dziękujemy Ci Generale! Fragmenty Deklaracji Ideowej Rządu Chile z 11 marca 1974 roku. O wielkości narodu, O walce z komunizmem, O Idei Narodowej, O Rodzinie www.konserwatyzm.pl





Podziel się
oceń
0
1

142. rocznica urodzin Romana Dmowskiego

Dzisiaj mija 142 rocznica urodzin Romana Dmowskiego. Trudno sobie wyobrazić, jak wyglądałaby dzisiaj Polska i jej dzieje, gdyby Opatrzność nie dała Polakom tego męża stanu. Należy on do postaci, które odcisnęły swoje piętno nie tylko na historii własnych narodów, ale i Europy. Jest uznawany za najwybitniejszego polskiego polityka pierwszej połowy XX wieku.

Warto pamiętać, przywołując postać Dmowskiego, że był człowiekiem niezwykle skromnym, który na swoje miejsce w historii zapracował niesamowitym wysiłkiem intelektualnym, trafnością analiz i prognoz oraz konsekwencją opartą na dogłębnej znajomości realiów, w jakich przyszło mu walczyć o sprawy polskie. Wzbudzał podziw nawet u przeciwników politycznych, którzy doceniali jego intelekt, nienaganne maniery i - co ciekawe - łagodność, która w konfrontacji z poglądami, jakie przyszło mu w ferworze walki formułować, mile zaskakiwała.

Przyszło Dmowskiemu krzyżować swoje poglądy z wybitnymi postaciami polskiej polityki: Piłsudskim, Witosem, Korfantym, Daszyńskim oraz wieloma innymi, których Polska w swej łaskawości dała Polakom po 123 latach zaborów. Interesujące jest, że dwaj wielcy tamtych czasów: Dmowski i Piłsudski, w odróżnieniu od swoich stronników, nie używali wobec siebie epitetów, doceniając rolę i siłę każdego z nich.W formułowaniu sądów wobec rywala, a tego raczej unikali, nigdy nie sięgali po tanie argumenty ad persona. Była to raczej konfrontacja odmiennych wizji Polski, które ścierając się ze sobą ożywczo iskrzyły, nie pozostawiając nikogo obojętnym na sprawy polskie.

Dmowski zostawił po sobie pokaźną spuściznę. Jako, że równie dobrze jak mową władał piórem, możemy dzisiaj sięgać po książki twórcy polskiej myśli narodowej i śledzić jak ewoluowały jego poglądy, od słynnych "Myśli nowoczesnego Polska poczynając". Dla mnie książką, po którą najczęściej sięgałem, i od której właściwie zacząłem swoją przygodę z ruchem narodowym jest "Polityka polska i odbudowanie państwa".

Wnikliwa szkoła politycznego myślenia i działania, logicznie umotywowana, pokazująca kulisy wydarzeń i sposób rozumowania jej autora, realnie konfrontującego swoje plany z polityką europejską w dobie odradzania się państw narodowych, co uwieńczył Traktat Wersalski. Dla mnie to klasyka narodowa, jedna ze sztandarowych lektur politycznych II Rzeczypospolitej.

Niezależnie od czasów i sytuacji politycznej istnieje coś takiego, jak szkoła Dmowskiego. Wielu polityków do niej aspiruje, często bez zastanowienia i stosownej refleksji. Warto mieć świadomość, że niektóre z koncepcji Dmowskiego zweryfikowało życie, pokazując, że się mylił. On sam zresztą wielokrotnie powtarzał swoim sympatykom, że nie należy jego książek i koncepcji politycznych traktować talmudycznie, gdyż on sam od wielu odchodził, uznając, że okoliczności i kontekst się zmieniły. Szkoła Dmowskiego, to obok dorobku piśmienniczego przede wszystkim sposób myślenia i oceny wydarzeń politycznych.

Zawsze w szerszej perspektywie, sytuującej sprawy polskie na szachownicy geopolitycznej, która bezlitośnie weryfikuje zasób posiadanych sił i instrumentów politycznych możliwych do zastosowania. A wszystko to w twardych regułach realnej polityki, bez sentymentalizmu i chciejstwa. Stąd wielu naszych rodaków, wyznających mesjaństwo i zawadiactwo w polityce, tak trudno akceptowało to, co Dmowski do Polaków mówił.

Kiedy inni rwali się do walki, on postulował pracę u podstaw, cichą i konsekwentną, dającą fundament pod skuteczną walkę o niepodległość, wtedy, kiedy będą ku temu stosowne okoliczności. Przykładem może być Powstanie Wielkopolskie, wywołane we właściwym momencie i dobrze przeprowadzone. Nie lubił Dmowski obcych wpływów na polską politykę i życie publiczne, z czego wielu czyniło mu zarzut, tocząc pianę o obsesjach Dmowskiego (niestety, dzisiaj wespół z wrogami Dmowskiego uczynili to ci ze środowiska narodowego, po których nikt się tego nie spodziewał). On się tym specjalnie nie przejmował, gdyż nie o niego tutaj chodziło, liczyła się Polska i jej interesy.

  
  Roman Dmowski na Konferencji Pokojowej w Paryżu

Dmowski zmarł pogodzony z Panem Bogiem, do którego dochodził całe życie. Była w tym jakaś jego osobista walka, z której wyszedł zwycięsko. To on splótł ideowo myśl narodową z katolicyzmem, a jego słynne słowa: Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, ale stanowi jej istotę, stały się mottem działania wielu polityków. Spoczywa na cmentarzu bródnowskim w Warszawie, który uchodził za cmentarz biedoty.

Pomimo, że żegnały go miliony rodaków, a jego śmierć stała się wielką manifestacją polskości i narodowego ducha, spoczął pośród prostego ludu. Tak jak za życia, tak i po śmierci pozostał skromny - on, syn brukarza (choć ze szlacheckimi korzeniami), który wydźwignął Polskę z marazmu i nadał sens życiu milionom Polaków. W tym przejawia się jego wielkość. Był dla Polski mężem opatrznościowym. Jakże dzisiaj ich brakuje.

Maciej Eckardt

http://prawica.net

 


Podziel się
oceń
0
0

Zdjęcia w galeriach.


Licznik odwiedzin:  291 982  

Redakcja

Com! Maciej Konarski Admirał Konwentu © by M. Konarski & K! Baltia 2006-2012 E-mail: baltiae@gmail.com

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Goście

Odwiedziny: 291982
Bloog istnieje od: 4058 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl